Samolot Qataru na linii Doha - Singapur, w przeciwieństwie do poprzedniego, spełnił nasze oczekiwania w całości. Był i darmowy Wifik przez jakiś czas i gniazdka USB i coś co mi przypadło do gustu najbardziej - podgląd na kamery rozmieszczone w różnych punktach na zewnątrz samolotu. Dodatkowo oczywiście mnóstwo filmów i muzyki do wyboru.
Kolejnym plusem było to, że nie czekaliśmy na jedzenie tak długo jak ostatnio. A jak już pojedliśmy to w przypływie wakacyjnych emocji zajęliśmy się konsumpcją białego wina. Pod koniec podróży, zaprzyjaźniona stewardessa z Tajlandii przyniosła do nas 3/4 butelki i zapytała czy nie chcielibyśmy go wypić, bo to ostatnia butelka. Wyglądało więc na to, że odciążyliśmy samolot w znacznym stopniu :).
Na lotnisku w Singapurze witają nas urządzenia do mierzenia temperatury ciała. Po przejściu przez nie ruszyliśmy w kierunku palarni. Ta była na zewnątrz a gdy wyszliśmy to...części ekipy odechciało się palić. Powietrze było niesamowicie gęste, wilgotne. Niesamowity kontrast w porównaniu do jesiennego powietrza z Europy.
Dojście z samolotu po bagaże po Singapurskim gigancie zajęło nam jakieś pół godziny. Na szczęście miasto jest dobrze z lotniskiem skomunikowane, więc po kolejnych 5 minutach siedzieliśmy już w wagoniku metra. Wcześniej, trafił mi się powitalny fart, jak się okazało pani w kantorze pomyliła się na moją korzyść :).
Jak wiadomo ceny noclegów w Singapurze nie należą do atrakcyjnych więc postanowiliśmy przespać się w jednym z tańszych miejsc - Joyfor Backpackers' Hostel. Do dyspozycji mieliśmy 6 osobowy pokój z wiatrakiem i klimą, tyle że bez okien. Standard, nie ma co ukrywać, słaby. Ale nie przyjechaliśmy tam na miesiąc. Dodatkowo komfort psuła spora gromada zamieszkujących hotel chińczyków, którzy delikatnie mówiąc z higieną i kulturą wspólnego łazienkowania byli trochę na bakier. Hostel zapadł też w pamięci przez zapach duriana i paskudne śniadania:).
Jako, że była godzina mniej więcej 21 odpuściliśmy wycieczki "w miasto" i po wypytaniu o okolicę w recepcji udaliśmy się na pierwszą azjatycką kolację do pobliskiej hinduskiej knajpy. Jedzenie podane na liściach bananowca było każdemu z nas smakowało i było w dobrej cenie (3-5 singapurskich dolarów za danie). Do popicia, jako że hindusi nie serwują alkoholu, posłużyły soki owocowe.
W ogóle z alkoholem w Singapurze jest ten problem, że sporo kosztuje. Mała butelka kiepskiego piwa to jakieś 6 SGD w sklepie! W 7Eleven (takiej naszej Żabce) bywały promocje, że tyle wychodziło za dużą puszkę piwa bardzo kiepskiego. W knajpach raczej nie mniej niż 9 SGD. Piwa rzemieślnicze totalnie poza naszym zasięgiem finansowym.
W trakcie kolacji byliśmy świadkami błyskawicznej acz konkretnej ulewy, która nas na szczęście nie dosięgnęła. Azja pełną gębą :).
Jako, że mieliśmy trochę alkoholu z Polski to poszliśmy się zdezynfekować i odespać podróż w hostelu. Tym zakończyliśmy pierwszy dzień w Azji.